Święto Podwyższenia Krzyża Świętego — 14 września — też ma swoje przysłowie:
Święty Krzyż — owce strzyż.
Z pewnością nie dotyczy to owiec na holach górskich, tylko na nizinach, a u tu pewności nie ma, czy się zbieracze przysłów nie omylili.
Święto Podwyższenia Krzyża Świętego — 14 września — też ma swoje przysłowie:
Święty Krzyż — owce strzyż.
Z pewnością nie dotyczy to owiec na holach górskich, tylko na nizinach, a u tu pewności nie ma, czy się zbieracze przysłów nie omylili.
Osobom pamiętającym czasy stanu wojennego od razu przyjdzie na myśl słynny plakat „Z pnia narodowej zdrady” mający w podobny sposób zohydzić czołowych przeciwników komuny. Przedstawiał drzewo, na pniu widniał napis „Targowica”, na korzeniach słowa „sprzedajność”, „żądza władzy”, „zaprzaństwo”, na konarach nazwiska Bujaka, Blumsztajna, Piniora, Giedroycia i innych.Jednak byłem za młody. Pamiętam Dziennik Telewizyjny z redaktorami w mundurach, ale takiego plakatu nie. Widzę, że jest w Muzeum PRL-u
Na plakacie napis "Z pnia narodowej zdrady" oraz nazwiska działaczy opozycji w PRL: Seweryna Blumsztajna, Mirosława Chojeckiego, Zygmunta Przetakiewicza, Zdzisława Najdera, Bohdana Cywińskiego, Zbigniewa Bujaka, Józefa Piniora, Jerzego Giedroycia, Romualda Spasowskiego, Zdzisława Rurarza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.Giedroyc bowiem i Herling-Grudziński w PRL nie mieszkali, lecz z daleka sączyli jad wolności do polskich czytelników. Nie byli opozycjonistami Rurarz i Spasowski, bo też marną chyba nobilitacją było, że postanowili rzucić w diabły PRL, w którym jako dyplomacji działali. Spełniają za to kryteria zdrady — wobec Polski Ludowej oczywiście.
Każda dyktatura potrzebuje takiej obsługi medialno-propagandowej, bo państwowy aparat represji może wsadzić za kratki, deportować, wyrzucić z pracy, ale żeby stworzyć odpowiednią atmosferę i przekonać opinię publiczną, że to godne i sprawiedliwe postępowanie, słuszne i zbawienne, potrzebna jest współpraca publicystycznych najemników.Pouczające.
Pilch nie kryje, że zapożycza się u włoskiego pisarza Guida Morsellego (1912-73). Jego wydane u nas w 1980 r. „Wydarzenie” przynosi opowieść o ostatnim człowieku na ziemi.Zaiste, nie kryje. Parę dni później Jerzy Pilch w rozmowie z Michałem Nogasiem potwierdza to i objaśnia, że w samym utworze przedstawione są te klucze:
– Wspominam w powieści o źródłach, książkach, które niegdyś wpadły mi w ręce. Jedną z nich było niewątpliwie „Wydarzenie” Guida Morsellego wydane po polsku w 1980 roku. Kupiłem je wówczas wiedziony potrzebą nabywania książek, o których nie miałem zielonego pojęcia. Nie wiedziałem, kim jest autor, nie wiedziałem, że go nie wydawano, że się zabił, nie czytałem żadnej recenzji, ale zobaczyłem, by tak rzec, nowy kolor w księgarni. Książka zrobiła na mnie może nie wstrząsające, ale długotrwałe i uporczywe wrażenie. Historia człowieka, który – podobnie jak mój bohater – wskutek Wydarzenia zostaje sam.Owszem, taka książka istnieje i można poznać opinie polskich czytelników o niej choćby z serwisu Lubimy czytać:
Historia człowieka, który wskutek tajemniczego tytułowego Wydarzenia zostaje ostatnim człowiekiem na Ziemi. Cała ludzkość w ciągu jednej nocy znika bowiem bez śladu. „Rodzaj wielkiej metafory ekologicznej, przypowieść o straszliwej lekkomyślności ludzkiej(...) Książka stawia ekstrawagancką hipotezę końca ludzkości. Ludzkości jednak, nie świata. W swojej laickiej medytacji nad śmiercią narrator metafizycznej autobiografii Morselliego snuje rozmaite domysły na temat totalnego 'wniebowstąpienia' rasy ludzkiej. Wiadomo, że żadna epidemia, wojna, czy największy nawet kataklizm nie mogłyby unicestwić jej całkowicie: zniknięcie to należy do kompetencji teologii. Jest Ukaraniem ludzkości czy jej promocją?”Tytuł oryginału z 1977 roku: Dissipatio H.G. Narzekali niektórzy na erudycję autora, więc trzeba iść tropem erudycyjnym. Tytuł w zasadzie jest łaciński, toteż H.G. to raczej nie inicjały Wellsa, ale dopełniacz: humani generis ‘rodzaju ludzkiego’. Dissipatio zaś to coś jak:
Punktem wyjścia powieściowej akcji jest tajemnicza katastrofa kosmiczna — pewnej nocy znikają wszyscy zamieszkujący naszą planetę ludzie, z wyjątkiem jednego: przeciętnego urzędnika skarbowego. W rozpadającej się cywilizacji, wypieranej przez bujną przyrodę, śledzimy frapujące sam na sam człowieka z miastem, jego usiłowania, aby dociec, dlaczego ocalał właśnie on.No dobrze. Nie chodzi jednak o wpływy, ale o lekturę i literaturę. Czy to będzie dobra książka? Po przeczytaniu fragmentu w letnim dodatku GW uczucia mam — ja, wieloletni admirator tej prozy, wariantów fabularnych i wariacji stylistycznych — chłodne.Syn pastora mnie rozsierdził, ale to gra przecie. Dajmy jednak Pilchowi powiedzieć coś własnym głosem, choćby temat był już przez pisarzy klasy B+ (plus za erudycyjny background) obrobiony. Czytać warto.
„Wielkie solo Antona L.” to błyskotliwy żart literacki, swoista robinsonada, napisana z charakterystycznym dla Rosendorfera dowcipem, pomysłowością i darem zajmującego opowiadania.
Skazano kogoś za pożyczanie książek?
– A tak. W 1984 r. w Sądzie Rejonowym w Sopocie sądzono młodą kobietę właśnie za to. Milicja weszła do jej domu i aresztowała księgozbiór razem z właścicielką. Chociaż kobieta opiekowała się trzyletnim synkiem i miała poważne problemy ze zdrowiem, nie uwzględniono wniosku obrony o zwolnienie jej z aresztu. Trzymała się zresztą bardzo dzielnie. Na rozprawie nie przyznała się do winy i argumentowała, że pożyczanie książek znajomym to nie przestępstwo.Prokurator zażądał dla niej za prowadzenie „nielegalnej biblioteki” 2 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. Czyli za to, że miała w domu takie książki, jak na przykład: „W cieniu Katynia” Swianiewicza, „Etykę Solidarności” Tischnera, „Mój wiek” Wata, „Kuriera z Warszawy” Nowaka-Jeziorańskiego, tomiki poezji Miłosza. Mam spis zarekwirowanych w czasie rewizji dzieł, o – jest nawet Konstytucja 3 maja. Te książki oskarżona od czasu do czasu pożyczała znajomym. I aby nie zapomnieć, co komu pożyczyła, czyniła stosowne zapiski w notesie. I właśnie te zapiski posłużyły za koronny dowód funkcjonowania „nielegalnej biblioteki”. Postępowanie oskarżonej zakwalifikowano jako dążenie do wywołania niepokoju lub rozruchów. To brzmi surrealistycznie, ale działo się naprawdę. W sądzie prokurator z poważną miną przedstawił takie zarzuty. Do dziś pamiętam świetne przemówienie obrończe adwokat Romy Orlikowskiej-Wrońskiej wykazujące cały nonsens oskarżenia.I jaki był wyrok sądu?
– Oskarżona została skazana na rok pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania tej kary. Czekając na rozprawę, przesiedziała w więzieniu pół roku. Na samym początku przeszła upokarzającą rewizję osobistą. Trafiła na porucznik mgr Jadwigę Kmicińską, która z upodobaniem traktowała w ten sposób wszystkie aresztowane kobiety. W 1990 r. Kmicińska nie przystąpiła do weryfikacji byłych funkcjonariuszy SB.
Mecenas Jacek Taylor w rozmowie z Anną Machcewicz, Gazeta Wyborcza, dodatek Ale Historia, 25.06.2018